Już prawie dwa tygodnie minęły od momentu, kiedy w Warszawie odbył się 1. Warszawski Lotny Festiwal Piwa. Ja z relacją z tego wydarzenia przybywam dopiero teraz – trochę późno, no ale tak jakoś wyszło :).

Na festiwal, który odbywał się na powietrzu pod Stadionem Narodowym, wybrałam się w sobotę (swoją drogą był to upalny, bezwietrzny dzień). Zwiedzanie terenu zaczęłam nietypowo, bo od lodów z Dream Cream. Niestety, mimo że ponoć są rzemieślnicze to mnie nie porwały – zdarzało się jeść o wiele lepsze. 

Jeżeli chodzi o piwo, pierwszy w moje ręce wpadł świerkowy Kornik z browaru Markowego. Piwa tego próbowałam już w Białymstoku i trafiło wtenczas w mój gust, więc postanowiłam je powtórzyć. Znajdziecie w nim aromat i smak lasu w połączeniu z żywicznością oraz szlachetną goryczką.

Drugą pozycją był Cherry Whale Sour z browaru Funky Fluid. Wiedziałam, że tutaj się również nie zawiodę. Fantastyczny aromat i smak wiśni oraz czerwonych owoców sprawia, że piwo jak na tamten gorący dzień było bardzo pijalne. Średnio kwaśne oraz dość wytrawne, z lekkim ściąganiem i przeciętnym wysyceniem.

Następnie odwiedziłam stoisko Piwo z Żuka. Tutaj postawiłam na herbal ale i mam co do tego piwa mieszane uczucia. Piwo o nazwie Lawendowy Płyn Hamulcowy jest po prostu takie sobie i mdłe. Aromat jest całkiem przyjemny – kwiatowy, ziołowy. W smaku jednakże przede wszystkim czuć bardzo wyraźnie słodową podstawę, dla mnie było to na granicy czucia… brzeczki. Także sporo karmelu i dopiero potem w tle lawenda – tutaj na plus, że nie jest przytłaczająca, cała reszta do poprawy.

Po tym stoisku zaszłam do Dwóch Braci. Na pierwszy ogień spróbowałam Molly, czyli tropical weizena – tutaj w aromacie oczywiście były tropikalne owoce i lekka kwaśność połączona z pszenicą, w smaku uwydatniały się cytrusy, marakuja. Piwo gładkie i soczyste.

Z tego samego browaru spróbowałam także mango sour ale (Juicy Rider) – wyraźnie mętne, dość gęste ze sporą ilością mango. W smaku również do tego trochę cytrusów z minimalną goryczką. Pije się jak owocowy sok. Trochę mało kwaśne jak na piwo ze słowem sour w nazwie. Z chęcią nadrobię inne piwa z tego browaru, te dwa wyżej opisane wystarczająco mnie do tego zachęciły. 

Krążąc dalej po festiwalu trafiłam na stoisko Radugi. Tutaj spróbowałam troszkę The Mexican, czyli white IPA leżakowane w beczkach po tequili. W aromacie znajdują się nuty winne, białe owoce. W smaku podobnie, dochodzi do tego jednakże w tle posmak dębowej beczki i tequili. Piwo lekko gęste i treściwe. Goryczka na niskim poziomie. Ogólnie to piwo to ciekawy efekt z użyciem stylu raczej niekojarzącego się z leżakowaniem w beczkach.

Kolejnym browarem, który odwiedziłam podczas festiwalu był browar Moczybroda. Tutaj zdecydowałam się na dwa piwa – LSD czy jak kto woli Light Sour Delicious (sour ale z marakują) oraz Kiwibonga (kiwi sour ale). Jakoś dużo mi się nazbierało na liście tych kwaskowatych piw. 😉 LSD było pełne marakui zarówno w aromacie jak i smaku. Świeże piwo ze sporym wysyceniem i lekką (jak dla mnie) kwaśnością. Nie wiem czemu, ale skojarzyło mi się z owocową oranżadą 😀 Kiwibonga natomiast było specyficzne, oczywiście było mnóstwo kiwi (a kiwi kiwi kiwi) nadającego całości kwaśności. Lekkie, ze średnim wysyceniem i wyczuwalnym chmielowym akcentem. Na pewno jeszcze wrócę do tego browaru na kolejnych festiwalach. Tym bardziej, że zarażają pozytywną energią. 

W międzyczasie dotarłam też do browaru Incognito, aby sprawdzić Orange Milk Stout. Tutaj w aromacie przywitała mnie słodka mleczna czekolada z nutą pomarańczy. W smaku na pierwszym planie dalej były te same nuty, a oprócz tego dochodził posmak kawy. Piwo pełne, gładkie. Uważam, że przyzwoite.

Na sam koniec zostawiłam sobie cięższe kalibry i w tym celu udałam się do Browaru Spółdzielczego. Nie mogłam odmówić sobie trochę Latającego Holendra w wersji bourbon barrel aged (styl: russian imperial stout). Piwo leżakowane konkretniej w beczce po Bourbonie Brown Forman. Nie wyszło mi jakoś spróbowanie tego piwa na wiosennej edycji WFP, więc tutaj miałam szansę nadrobić. Po nalaniu wita ładna beżowa piana i piękny ciemny brązowy kolor wpadający w czerń. W aromacie sporo czekolady, troszkę kokosa i orzechów. W smaku także czekolada połączona z kawą, minimalną wanilią, palonością  Gęste i przyjemne. Na samiutki koniec festiwalowej przygody wzięłam jeszcze Lódmiłę – rabarbarowy ice sour ale również z Browaru Spółdzielczego. Wieczorem było już chłodniej, a to piwo było… grzejące. W zapachu rabarbar, czerwone owoce. W smaku kwaśno i owocowo oraz słodko jednocześnie. Alkohol był wyczuwalny, piwo lekko gęste. Podejrzewam, że większa ilość z powodu wybijającego się alkoholu mogłaby mnie zmęczyć.

W trakcie festiwalu na scenie pojawili się oczywiście goście, oprócz tego wieczorem odbył się koncert oraz charytatywna licytacja. Dzięki dedykowanej aplikacji można było także wziąć udział w głosowaniu na najlepsze festiwalowe piwo. Oprócz stoisk z piwami nie zabrakło oczywiście foodtrucków. W tym wypadku odwiedziłam JAKIE TACO, w którym wzięłam swoją ulubioną quesadillę. Na odwiedzających czekały także atrakcje chociażby pod postacią sporej jengi czy kręcenia kilometrów na rowerze (przejechany łącznie dystans dawał równowartość kwoty przekazanej na cele charytatywne przez browar Pivovsky).

Jak oceniam ogólnie cały festiwal? Ja nie miałam powodów do narzekania, dobrze się bawiłam w gronie znajomych pod warszawskim niebem. Chyba o to chodzi w festiwalach – o atmosferę i ludzi, którzy to tworzą :).