Scotland YardNowe browary na rynku z reguły rozpoczynają działalność od wprowadzenia do sklepów piw, które mają największe szanse na sprzedaż. I tak najczęściej w pierwszej kolejności decydują się na american pale ale, american IPA, american wheat, czy też milk stouty. Dopiero później sięgają po mniej popularne style. Oczywiście są wyjątki, czego najlepszym ostatnio przykładem jest Hoppy Beaver, który wystartował pod koniec 2017 r. W ramach debiutu wypuścił dwa piwa: belgian tripla Urbi et Orbi oraz scottish ale o nazwie Scotland Yard, którym dziś się zajmę. Obecnie do portfolio dołączyły dwa kolejne piwa: american porter oraz white IPA, które już niebawem również pojawią się na blogu.

Tak, scottish ale to nuda. Ale tak właśnie ma być. Jest to brytyjski styl z tej samej rodziny, co bitter, mild, czy też pale ale. Ich główną zaletą powinna być sesyjność, przy stosunkowo niewielkiej zawartości alkoholu, dzięki czemu za jednym posiedzeniem można ich wypić sporą ilość. Są to typowe trunki do picia w pubie, gdzie i tak z reguły nie ma warunków do przeprowadzania dokładniejszych degustacji. Bogactwo smaku i aromatu nie jest więc w nich najważniejsze.

No dobra, ale jak smakuje scottish ale? Generalnie wyróżnia się trzy podgatunki tego stylu różniących się od siebie zawartością alkoholu – light (2,5-3,2% alkoholu), heavy (3,2-3,9% alkoholu) oraz export (3,9-5,0% alkoholu), chociaż obecnie podział ten coraz bardziej zanika. Są to piwa przede wszystkim słodowe, z słabymi do umiarkowanych nutami karmelowymi. Co ciekawe, dopuszczalny jest lekki diacetyl, który jest pewnego rodzaju urozmaiceniem i dodaje pełni do i tak lekkiego piwa. Goryczka chmielowa może być od niskiej do umiarkowanej, jednak nie może dominować słodowości. Ciekawostką jest również to, że dopuszczalne jest niezbyt intensywne wędzenie torfem.

Jeszcze niedawno piw o ekstrakcie 10° Plato i niższym w polskim piwnym rzemiośle było jak na lekarstwo. Teraz to już się zmieniło, czego przykładem jest choćby recenzowane dziś Scotland Yard. Sam jego skład wygląda standardowo – w zasypie mamy dwa słody jęczmienne (pale ale i red crystal), a do nachmielenia użyto brytyjską odmianę East Kent Goldings, zwanej w skrócie EKG.

Styl: scottish ale
Ekstrakt:
 10° Plato
Alk. obj.:
 4,1%
IBU:
 b/d

Data przy­dat­no­ści: 10.05.2018

Kolor: Bursztynowe, herbaciane, lekko zmętnione.
Piana: Niezbyt obfita, tworzy się sporo średnich pęcherzyków. Opada do obrączki i cieniutkiej warstwy.
Zapach: Niezbyt intensywny, sporo nut opiekanych, biszkoptowych.
Smak: Scotland Yard to zdecydowanie piwo lekkie, wodniste. Podobnie jak w zapachu dominują nuty opiekane, karmelowe i biszkoptowe. Jest też trochę akcentów drożdżowych, które dają trochę cierpkości. Goryczka niska, choć zaznaczona na finiszu, o charakterze ziołowym. Bez wad, naprawdę dobrze uwarzone. Wiele browarów brytyjskich mogłoby się uczyć od Hoppy Beavera :).
Wysycenie: Umiarkowane.

Scotland Yard

Fajerwerków po Scotland Yard się nie spodziewałem i dobrze, bo tu ich nie ma ;). Niemniej, poza może nie najlepszą pianą, ciężko jest się do czegokolwiek przyczepić. Wykonanie tego piwa okazało się naprawdę dobre. Jestem sobie w stanie spokojnie wyobrazić, że mógłbym wypić tego piwa sporą ilość, aż szkoda, że miałem tylko jedną butelkę ;). Tak jak napisano na etykiecie: jest to „świetna odskocznia od ciężkich zimowych piw i mocnych chmielowych aromatów”. A Hoppy Beaverowi gratuluję odwagi i mam nadzieję, że piwo będzie jeszcze powtarzane, bo zbyt wielu tego rodzaju polskich piw nie kojarzę. Aż ciekaw jestem kolejnych „wypustów” tego kontraktowca :).

Cena: piwo zakupione w ramach współpracy ze szczecińskim sklepem specjalistycznym Chmiel – Świat Piwa.