ÖöEstonia, choć nie jest od nas geograficznie odległa, w Polsce jest obecnie krajem dość mało znanym i to pomimo faktu, że przez ponad 200 lat znaczna część dzisiejszego obszaru tego państwa w ramach tzw. Inflant Polskich należała do Rzeczpospolitej. Obecny kształt Estonia zawdzięcza wielowiekowym wpływom niemieckim, polskim i skandynawskim – na pewno pod względem kulturalnym, ale ciekaw jestem, czy przekłada się to też na scenę piwną. Dziś, dzięki uprzejmości wykopowicza Anderande (który już kiedyś przysłał mi My Antonia z kooperacji browarów Birra del Borgo & Dogfish Head) mam okazję to sprawdzić i spróbować Öö – imperialnego porteru bałtyckiego z najbardziej znanego u nas estońskiego browaru – Põhjala.

Przygotowując się do tej recenzji zajrzałem do bazy danych chyba największego serwisu piwnego na świecie, czyli RateBeer.com i muszę przyznać, że zdziwiło mnie to, że w Estonii dzieje się naprawdę sporo, jeśli chodzi o piwo, z czego do tej pory nie zdawałem sobie sprawy. Piwna rewolucja dotarła tam mniej więcej w 2014 r. (pierwsze jaskółki tego trendu pojawiły się już rok wcześniej) i od tamtej pory powstało ponad 50 browarów, a trzeba pamiętać, że ten niewielki kraj ma niewiele ponad 1,3 miliona mieszkańców. Owszem, większość z nich to tzw. mikrobrowary o zasięgu lokalbym, ale zdarzają się też takie, które zdecydowały się na eksport – wśród nich jest właśnie Põhjala, której to nazwy chyba nikt w Polsce poprawnie wymówić nie umie (no może poza tymi, którzy liznęli estoński :P).

Browar Põhjala jest pionierem piwnej rewolucji w Estonii. Wystartował już w 2011 r., czyli mniej więcej wtedy co u nas PINTA. Został on wówczas założony przez 4 osoby, a piwowarem został Chris Pilkington. Obecnie ekipa browaru liczy aż 14 osób, w tym całkiem sporą reprezentację stanowią kobiety. W swoim portfolio Põhjala ma ponad 40 piw, wśród których praktycznie wszystkie są nowofalowe, nie brakuje też tych bardziej pojechanych, czyli kwaśnych, z niezwykłymi dodatkami, czy też leżakowanych w beczkach. Recenzowane dziś Öö, czyli imperialny porter bałtycki, jest chyba najbardziej klasyczny z całej oferty tego browaru.

Co ciekawe, na bardzo fajnej stronie internetowej Põhjali można znaleźć konkretne informacje na temat sprzętu, na którym jego ekipa warzy swoje piwa – a jest on naprawdę niewielki, ponieważ warzelnia ma wybicie jedynie 12 hl. Poza tym browar ten dysponuje całkiem sporą ilością tanków fermentacyjnych – aż 13 o pojemności 24 hl i 3 o pojemności 32 hl każdy. Poza tym dysponuje on dwoma zbiornikami tzw. bright beer tanks o pojemności 24 hl każdy, służącymi do magazynowania piwa bezpośrednio przed rozlewem.

Jeśli chodzi o styl recenzowanego dzisiaj trunku, to w Polsce można czasami odnieść wrażenie, że portery bałtyckie to tylko i wyłącznie polska specjalność. Otóż nie, bardzo dobrych przedstawicieli tego mocarnego stylu można spotkać praktycznie w całym basenie Morza Bałtyckiego, również w Estonii. Dla formalności przypomnę, że portery bałtyckie to mocne, ciemne piwa dolnej fermentacji (choć zdarzają się też górnofermentacyjni przedstawiciele tego stylu). Gdy są świeże charakteryzują się wyraźnym czekoladowym posmakiem, wzbogaconym często o umiarkowanie intensywne nuty kawowe (w odróżnieniu od risa) oraz o akcenty owocowe. Duża moc sprawia, że w profilu aromatyczno-smakowym porterów bałtyckich pojawia się alkohol, dlatego wielu beergeeków decyduje się na dłuższe przetrzymywanie tych piw (nawet kilku-, kilkunastoletnie) zanim zdecydują się na ich otwarcie. Mnie osobiście brakuje na to cierpliwości i z reguły wypijam je w ciągu pół roku od zakupu. Niemniej długie leżakowanie sprawia często, że alkoholowość się układa i często wręcz zanika, w smaku pojawiają się też nuty charakterystyczne dla utlenionego ciemnego, mocnego piwa – suszona i świeża śliwka, wiśnia, wanilia, sherry, porto. Obecnie coraz modniejsze jest warzenie imperialnych wersji porterów bałtyckich – ta imperialność polega z reguły na podwyższonym ekstrakcie (regularne wersje mają ekstrakt na poziomie 18-22° Plato), a tym samym na większej niż zwykle zawartości alkoholu.

Nazwa recenzowanego dziś piwa – Öö – wbrew pozorom nie jest przypadkową zbitką dwóch tych samych liter, ale normalnym, pełnoprawnym wyrazem z języka estońskiego, który w języku polskim oznacza “noc”. Tak jak już wyżej wspomniałem jest to porter bałtycki w wersji imperialnej, bez żadnych dodatków, o ekstrakcie 23,5° Plato (który został podbity dodatkowo brązowym cukrem trzcinowym Demerara) oraz 10,5% alkoholu. Nachmielony on został dwoma odmianami chmielu: Magnum, Northern Brewer.

Styl: imperialny porter bałtycki
Ekstrakt:
 23,5%
Alk. obj.:
 10,5%
IBU:
 60

Data przy­dat­no­ści: 30.06.2018 r.

Kolor: Czarne, nieprzejrzyste.
Piana: Ładna, brązowawa, może nie przesadnie obfita, ale drob­na i trwała. Po dłuż­szej chwi­li opada do gru­bej obrącz­ki i spo­rej wyspy na powierzch­ni. Zostawia cał­kiem ładny lej­sing.
Zapach: Czekoladowy, przyjemnie alkoholowy. Całość nasuwa na myśl cukierki trufle.
Smak: Bardzo mocno czekoladowy, dominuje przyjemna, gorzka czekolada. Finisz jest za to kawowy, palony, posmak dość długo pozostaje na języku. Po ogrzaniu odzywa się delikatny alkohol, jednak w żadnym razie nie jest on nachalny, czy też przeszkadzający w degustacji. Powiedziałbym nawet, że dodaje piwu charakteru.
Wysycenie: Poniżej śred­nie­go. Dobrze pasujące do porteru bałtyckiego.

Öö

Öö to drugi, po rewelacyjnym Imperium Prunum z Browaru Kormoran, imperialny porter bałtycki, którego miałem okazję degustować i opisać na moim blogu. Być może piwo z Põhjali nie dorównuje temu z Kormorana, ale i tak było bardzo przyjemne i wypiłem je z ogromną przyjemnością. Przed degustacją bałem się nieco, że estońskiemu browarowi nie uda się uniknąć pewnej pułapki, i że Öö do złudzenia będzie przypominała risa. Na szczęście jednak wyraźna czekoladowość oraz schowane nuty kawowe i palone rozwiały te moje obawy :). Serdecznie dziękuję koledze Anderande (szkoda tylko, że drugie piwo z paczki nie wytrzymało trudów podróży InPostem :/) za możliwość spróbowania tego piwa!

Cena: piwo otrzy­ma­ne w pre­zen­cie