Termin Szczecin Beer Fest nie jest dla mnie do końca szczęśliwy – pierwszy weekend czerwca pokrywa się z odbywającymi w moim mieście Dniami Polic (które w tym roku po raz pierwszy obsługiwałem medialnie), jak również z coroczną imprezą rodzinną. Przez ten zbieg terminów myślałem już, że na III Szczecin Beer Fest (31 maja-1 czerwca) zwyczajnie nie dotrę. A jednak udało się, chociaż byłem mocno ograniczony czasowo – bo miałem do dyspozycji jedynie trzy godziny.

Niby trzy godziny to niemało, ale jak się weźmie pod uwagę liczbę stoisk obecnych na festiwalu – coś koło 25 – to jednak okazuje się, że tego czasu mogłoby być więcej. No, ale nie ode mnie to zależało. Ba, doliczając przynajmniej kilka minut rozmowy z przedstawicielami odwiedzanych przeze mnie browarów, wyszedł mi niemały sprint, a i tak czasu wystarczyło na około połowę stoisk. Na szczęście byłem dość wcześnie (przyjechałem godzinę po otwarciu bram festiwalowych), więc nigdzie nie było kolejek, w których to mitrężyłoby się cenne minuty ;).

Szczecin Beer Fest nie bez przyczyny uchodzi za jeden z najładniej położonych festiwali w Polsce – poszczególne stoiska są rozstawiane na ogrodzonym terenie w pobliżu nadodrzańskiego nabrzeża, bezpośrednio pod górującymi nad Łasztownią „dźwigozaurami”, czyli zabytkowymi dźwigami portowymi. Stamtąd już jest rzut beretem do mariny oraz do plaży na Wyspie Grodzkiej. W zasadzie jedynym minusem tego miejsca jest to, że do najbliższego przystanku komunikacji miejskiej jest dość spory kawałek.

Tak jak w poprzednim roku, teren festiwalu był całkiem sporym prostokątem, którego dwa przeciwległe boki stanowiły stoiska browarów. Dwa pozostałe zajmowały foodtrucki oraz scena wraz ze strefą „toi toiów”. Po środku placu pod zadaszeniem ustawiono sporo stołów z ławkami – na szczęście rozpostarty nad nimi namiot w tym roku w sobotę się nie przydał, w przeciwieństwie do ubiegłorocznego Szczecin Beer Fest. Kto był rok temu, ten wie, o czym mówię ;). Sobotnia auta była wręcz na granicy przeciwności tej z 2018 r. – było słonecznie, a temperatura wynosiła około 25 stopni.

Na temat programu scenicznego się nie wypowiem, bo początkowo – jak przyjechałem na Łasztownię – nic na niej się nie działo, a później nie miałem czasu zwracać na nią uwagę. Tym, co rzuciło mi się w tym roku w oczy, to fakt, że do Szczecina zjechało się całkiem sporo blogerów. Spotkałem Michała Stemplowskiego z blogu Chmielobrody, Michała „Docenta” Marandę z blogu polskieminibrowary.pl, Tomasza Migdałka z vlogu Birofile, Maćka Wróbla z facebookowego mikrobloga Piwny Snob oraz zajmującego się fotorelacjami Leszka z profilu Leszka piwny Foto-Szop. Gdzieś w tle mignął mi Tomek Schutz z youtubowego Browaru Gdynia, ale jakoś nie dane było nam na siebie wpaść ;).

Do samej organizacji uwag nie mam – no, ale nie byłem też na festiwalu długo. Wstęp był płatny – jednodniowy bilet kosztował 10 zł i w tym roku nie było już problemów z wyjściem z terenu imprezy i powrotem. Choć konieczność kupienia biletu nie powinna nikogo dziwić, to jednak gdzieś tam obiły mi się o uszy narzekania osób mniej obytych z kraftem, że „jak to? Piwo tam drogie, a tu jeszcze za wstęp trzeba płacić?!”. No, ale to była bardzo znikoma mniejszość. Patrząc na zdjęcia z godzin wieczornych zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia, widać, że frekwencja na Szczecin Beer Fest była bardzo dobra, co zresztą potwierdzali moi rozmówcy na stoiskach.

Zaplecze gastronomiczne składało się z kilku foodtrucków – można było zjeść burgera, langosza, zapiekankę itp. Nowością było stoisko, na którym można było sobie kupić zaparzoną w najróżniejszy sposób kawę. Podobnie jak w latach poprzednich wśród wystawców znalazła się Pasieka Dziki Miód sprzedająca swoje wyroby, w tym bardzo dobre miody pitne.

No dobra, ale co takiego ciekawego spróbowałem na tegorocznym festiwalu? Trochę czasu już od niego minęło, ale postaram się Wam pokrótce w formie minirecenzji opisać, co degustowałem na poszczególnych stoiskach :).

Browar Łąkomin

Moją przygodę ze Szczecin Beer Fest zacząłem od browaru, do którego zaglądam przy każdej możliwości. Tym bardziej, że zazwyczaj jego ekipa przywozi ze sobą duuużo smakowitości. Zacząłem z grubej rury, tj. od nowości, którą okazał się Biały Kieł na Dzikim Zachodzie, czyli wheat wine leżakowane w beczce po bourbonie Jack Daniel’s. No i był to strzał w dziesiątkę – bardzo dobrze ułożony trunek (przy 11% alkoholu!), z nienarzucającym się alkoholem. Słodki od słodowości, z intensywną wanilią od beczki. Finisz wieńczyła dobrze wyczuwalna goryczka.

Goryczki zabrakło mi z kolei w drugim próbowanym przeze mnie piwie – Złotym Zającu. Piwo – jak na dobrego lagera przystało – było czyste w smaku i aromacie. Przyjemnie słodowe. Ale – jak na pilsa – goryczka była zbyt niska. Ekipa Łąkomina tłumaczyła się, że piwo to jest wyjściem naprzeciw klientom, którzy przyjeżdżając do Pałacyku Łąkomin nie zawsze poszukują ekstremalnych doznań. Być może do tego piwa bardziej by pasowało określenie „helles”.

Powodów do narzekania na goryczkę nie było za to w wheat IPA Ameryłanka. Styl ten zwykle jest łagodniejszym wariantem american IPA. Tu jednak fajnej chmielowości (początkowo stawiałem na Mosaic, którego jednak w piwie nie było), dość rozbudowanej słodowości towarzyszyła całkiem wysoka i długa goryczka. Podsumowując, na stoisku Łąkomina każdy znalazłby coś dla siebie ;).

Browar Rzeka Piwa

To mój pierwszy kontakt z tym browarem, chociaż z racji przygotowywania newsów sporo o nim słyszałem. Na jego stoisku miałem zamiar spróbować kilku piw – niestety nie udało się. Jak na złość akurat był problem z nadmiernym spienianiem się Księżniczki Bobrawy (cherry gose), a po opisywanym wyżej Białym Kle nie chciałem sięgać od razu po ciekawie zapowiadające się risy z orzeszkami ziemnymi. Zdecydowałem się więc na Czochraj Bobra, czyli mango IPA. No i spotkało mnie zaskoczenie – spodziewałem się słodyczy, a dostałem piwo kwaskowe i wytrawne. Nuty owocowe oczywiście były obecne i dały fajny rześki efekt, idealny na panującą wówczas pogodę. Niestety, jakoś nie utkwiła mi w pamięci chmielowość w tym piwie, a w końcu to IPA, w której chmiel odgrywa podstawową rolę.

Obiecałem sobie wrócić po Imperialnego Belzebobra, jednak zabrakło mi na to czasu.

Browar Kazimierz

Przechadzając się między stoiskami spotkałem Krzysztofa Jachimczaka z Browaru Kazimierz, który już rok temu dał się poznać jako osoba mega gościnna. Tak też było i tym razem – Krzysztof zaprosił mnie do spróbowania tego, co ze sobą przywiózł do Szczecina. Padło na nowości – Kwasimierz oraz Pilsiwko. Na pierwszy rzut poszło piwo lżejsze, czyli sour ale z marakują Kwasimierz. To piwo na panującą w czasie drugiego dnia Szczecin Beer Fest było wręcz genialne. Lekkie, przyjemnie owocowe i z całkiem wysoką kwasowością :). Wchodziło błyskawicznie.

Podobnie „jak złoto” wchodziło drugie piwo, które spróbowałem na stoisku Kazimierza. Była to najnowsza nowość – Pilsiwko. Jak sugeruje nazwa, był to pils. I w przeciwieństwie do wspominanego wyżej Dzikiego Zająca, tu już goryczka była odpowiednia. Trunek był czyściutki, wytrawny – jak powiada Tomasz Kopyra: „crispy”. Finisz przyjemnie ziołowy, lekko kwiatowy.

Browar PERUN

Dawno na moim blogu nie było piw z PERUNa. W sumie nie wiem czemu. Na jego stoisku podczas festiwalu trafiłem na kolejne kapitalne na upały piwo – Leśne Runo, czyli gose bodaj z maliną i aronią. Jako, że maliny to moje ulubione owoce, to nie mogłem sobie tego piwa odmówić. I było naprawdę fajne – przyjemnie kwaśne i intensywnie owocowe. Na finiszu obecny był lekko słony posmak. To lubię!

Browar Folga

Folga to nowy browar restauracyjny z Gryfic, działający w ramach szerszego kompleksu hotelowo-restauracyjnego. Tamtejszym piwowarem został Filip Mazur, wcześniej warzący w szczecińskim Browarze Stara Komenda.

Tu dałem dupy – tak mnie Filip zagadał, że się zgapiłem i nie zrobiłem zdjęcia stoiska. Podczas swojej wizyty spróbowałem tam dwóch piw. Najpierw spróbowałem witbiera Madame de Wit, który w Szczecinie miał swoją prapremierę. Piwo uwarzone było na płynnych drożdżach, co od razu było czuć. Dla mnie było ono mocno przyprawowe w smaku i – co ciekawe – przyprawowość skojarzyła mi się z gałką muszkatołową. Do tego było sporo cytrusów i kolendra. Fajne, rześkie piwo.

Drugim piwem, które zdegustowałem, był Jaśnie Pan, czyli chmielony polską odmianą (niestety obecnie nie pamiętam już jaką) pale ale. Choć sam styl nie brzmi jakoś szczególnie imponująco, to jednak piwo to jest przykładem, że polskie odmiany mogą dać fajny efekt. Jaśnie Pan to piwo lekkie o fajnym – ziołowo-kwiatowym charakterze, z całkiem przyjemną goryczką na finiszu.

Browar Stara Komenda

Korzystając z tego, że na stoisku Browaru Stara Komenda był akurat dostępny jego nowy piwowar – Konrad Sworowski, postanowiłem spróbować serwowanych przez niego piw. Sporo dobrego słyszałem bowiem o rauchbierze Räucherla – chyba jedynym przedstawicielpu tego stylu na imprezie. Nazwa tego trunku od razu kojarzy się z legendą piw wędzonych czyli Schlenkerlą z Bambergu. W tym przypadku mamy jednak do czynienia nie z lagerem, a z ejlem. I muszę powiedzieć: „czapki z głów”. Nie wiem, czy nie było to najlepsze piwo z tych, które próbowałem podczas Szczecin Beer Fest. Gładziutkie, świetnie ułożone – z kapitalnie skomponowanym połączeniem karmelowej podbudowy, estrów owocowych i wędzonki. Świetne piwo.

Drugie piwo – Belgian IPA z dodatkiem trawy cytrynowej – już słabiej utkwiło mi w pamięci. Jak już być może wiecie – nie przepadam za tym stylem, a piwo to spróbowałem głównie dlatego, że była to jedna z ostatnich nowości w ofercie browaru. Było okej – całkiem fajnie nachmielone, cytrusowe i rześkie. „Belgijskość” – o ile dobrze pamiętam – zeszła tu nieco na drugi plan i w sumie dobrze, bo z doświadczenia wiem, że wiele belgian IPA ma problemy z balansem. Tu pod tym kątem było ok.

Browar Miejski Stargard

To kolejny browar, z którym wcześniej nie miałem do czynienia. I to pomimo tego, że jego piwowar – Oskar Pych – zachęcał mnie do odwiedzin. No, ale jakoś do Stargardu mi nie jest po drodze.

Zanim przyjechałem na Szczecin Beer Fest zapytałem Was, co warto spróbować na festiwalu. Jedną z odpowiedzi był Stout z Browaru Miejskiego Stargard, co zresztą było mi kilkukrotnie potwierdzane już na terenie festiwalu. Nie tylko serwowane przez ten browar piwo przyciągało uwagę, ale również bardzo ciekawie wyglądające stoisko.

Zanim jednak spróbowałem polecanego mi piwa, sięgnąłem po próbkę Orkiszowego. Trunek ten okazał się być przyjemnym, łagodnym brown ale’m o zbożowym, nieco melanoidynowym charakterze. Później spróbowałem wspomnianego już wyżej Stoutu – i faktycznie: był to wręcz wzorcowy stout. Lekki, ale nie wodnisty, wyraźnie kawowy i palony. Dawno już nie piłem tak dobrego dry stoutu <3.

Skosztowałem też Pilsa i zapamiętałem je jako piwo przyjemne, czyste, z fajną goryczką. Krótko mówiąc, był to fajny przedstawiciel swojego stylu.

Browar Świebodzin

Kolejnym browarem, u którego przy każdej okazji mogę liczyć, jest Browar Świebodzin. Nie mogłem go więc pominąć, szczególnie że mieli ze sobą jedną z ostatnich premier. Mowa tu o truskawkowym milkshake DDH double IPA pn. Mixer. Wow – mimo stosunkowo wysokiej zawartości alkoholu (8%) wcale nie było go czuć. Trunek w smaku przypominał miks truskawkowego mlecznego shake’a oraz truskawkowej gumy do żucia. Całość była intensywnie truskawkowa i wyraźnie słodka, co pewnie w większej ilości nie wpływałoby pozytywnie na sesyjność.

Jako bonus miałem okazję porównać dwie wersje imperialnego porteru bałtyckiego Importer – wariantu podstawowego oraz leżakowanego w beczce po bourbonie. I muszę przyznać, że różnica była ogromna. Ten pierwszy był piwem agresywnym, z intensywną goryczką, której nie powstydziłby się niejeden ris. Z kolei wariant barrel aged był wyraźnie słodszy od waniliny z beczki, wanilii w smaku było naprawdę sporo. Do tego znacznie lepiej ułożona goryczka i alkohol. Ciekawy eksperyment :).

Browar Maltgarden

Tego browaru nie trzeba chyba już nikomu przedstawiać. Kontrakt ten już w chwili premiery przebojem wkradł się na polską scenę kraftu. Do tej pory piłem jedynie dwa maltgardenowe mocarze, których recenzje zresztą pojawiły się na blogu. Dlatego też tym razem postanowiłem sięgnąć po piwa lżejsze. Padło więc na Fruit Market Theory oraz Looking for a Sun.

Fruit Market Theory to gose z dodatkiem pochodzącego z Ameryki owocu gujawy, zwanej też guawą, oraz laktozy. Szczerze, to nie mam pojęcia jak on smakuje, ale aktualnie wśród browarów panuje moda na dodawanie go do piwa. Zapach był bardzo przyjemny, owocowy, to jednak w smaku było coś dziwnego – zapewne właśnie ta gujawa. Słodycz skutecznie równoważyła kwaśność, przez co Fruit Market Theory sprawiało wrażenie niezbyt kwaśnego. Niemniej na panującą podczas Szczecin Beer Fest pogodę było akurat.

Oprócz piw kwaśnych na tegorocznym festiwalu obrodziło również pilsami. Nie zabrakło tego stylu także na stoisku Maltgardena. Looking for a Sun to american pils, tj. chmielony na zimno Citrą. Trunek w aromacie i smaku był intensywnie nachmielony, ale jednocześnie czysty i z całkiem pokaźną goryczką na finiszu. A to jeszcze nie ostatni pils tego dnia :).

Browar Beer Bros.

Beer Bros. mega rzadko pojawia się w Szczecinie. Ostatnio piwo z tego browaru recenzowałem… w marcu 2016, czyli aż 3 lata temu! Od tamtego czasu duże w Beer Bros.ie się zmieniło – browar ten warzy coraz bardziej szalone pomysły. Jednym z nich jest wild ale fermentowane dzikimi drożdżami wyizolowanymi ze ścian browaru w Żyrardowie. I tak powstało piwo Żyrardomyces.

I właśnie ono było na jednym z kranów Beer Bros.a na Szczecin Beer Fest – tyle, że w wersji imperialnej i leżakowanej w beczce boda po bourbonie (czyli Żyrardomyces Imperial Barrel Aged). Jakie to było dobre! O dziwo, spodziewałem się piwa jasnego, dostałem piwo ciemne. W smaku jednak działo się naprawdę dużo – słodowa słodycz, melanoidyny, uzupełniane przez beczkową wanilinę, były skontrowane przez dziką kwasowość i pokaźną dawkę owoców. Pycha!

Browar Deer Bear

W tym momencie czas już mi się zaczął powoli kończyć, więc na kolejnych stoiskach byłem już tylko przez chwilę. Następnym w kolejce był Browar Deer Bear, na którego stoisku miałem naprawdę twardy orzech do zgryzienia z tym, co powinienem wybrać. Żadnego bowiem z piw, które były na kranach nie piłem.

Biorąc pod uwagę dzikiego mocarza próbowanego na stoisku Beer Bros.a postanowiłem sięgnąć po coś lżejszego i słodkiego – wybrałem więc Chocolate Factory. Był to żytni stout z dodatkiem ziaren kakaowca i laktozy. I zapowiadanych przez nazwę piwa nut czekoladowych było tu naprawdę dużo – całość smakowała jak połączenie mlecznej czekolady z orzechami. Po raz kolejny nie zawiodłem się :).

Aha, na pochwałę zasługuje wygląd stoiska Deer Beara – bardzo kolorowy namiot niesamowicie rzucał się w oczy, podobnie barwne „medaliony” ma kranach :).

Browar Minister

Czas już naglił, ale znalazłem jeszcze chwilę na odwiedziny Browaru Minister. Niestety przez pośpiech zgapiłem się i nie zrobiłem w tym miejscu żadnego zdjęcia. Jako, że nie chciałem już sięgać po piwa mocne, po raz kolejny zdecydowałem się tu na gose, które chyba było najczęściej powtarzającym się stylem (no może oprócz szeroko pojętych IPA-ów) na festiwalu. Tym razem było to Salty Trip, czyli gose z marakują. Marakuję uwielbiam, to i to piwo bardzo mi podpasowało. Było rześkie, przyjemnie kwaśne i dzięki temu bardzo orzeźwiające. Smakowało mi :).

Browar PINTA

To ja przy stoisku PINTY 😉

Na koniec zostawiłem sobie nestorów polskiego kraftu, czyli Browar PINTA. Niestety, nie trafiłem na Masterbara, czyli premierowy barley wine. Jedynym piwem, którego nie piłem spośród tych aktualnie dostępnych był DE Pils, czyli niemiecki pilsner. PINTA już raz – za sprawą Kryształu uwarzonego wspólnie z Browarem Łańcut – udowodniła, że umie w pilsy. I tak było też tym razem – czyściutki, rześki, „crispy”, z kapitalną ziołową, szlachetną goryczką. Świetne piwo!

Na stoisku PINTY miałem okazję chwilę zagadać z „szefem wszystkich szefów” Grzegorzem Zwierzyną. Niestety, akurat szykował się już do powrotu do Żywca i nie miał czasu na dłuższą rozmowę. A szkoda, bo to mega pozytywny człowiek ;).


No, i na tym skończyła się moja przygoda z III Szczecin Beer Fest. Wybaczcie, jeśli coś przekręciłem w opisach piw – wszak od degustacji minął już ponad tydzień. Do tego sam alkohol nie sprzyja zapamiętywaniu szczegółów ;).

Jak na trzy godziny spróbowałem naprawdę wielu ciekawych piw i w sumie żadne mnie nie rozczarowało. Wszystkie prezentowały sobą przynajmniej dobry poziom, a zazwyczaj wręcz wysoki. Degustacja tak licznych piw nie byłaby możliwa, gdyby nie to, że z domu zabrałem nadesłany mi jakiś czas temu przez Hoppy Beavera niewielki kieliszek o pojemności około 200 ml. Dzięki temu każdego z opisanych wyżej piw spróbowałem w niewielkich ilościach – maksymalnie 100 ml. Wyjątkiem był tu witbier z Folgi, którego Filip mi nalał naprawdę szczodrze ;).


Z wizyty na III Szczecin Beer Fest oczywiście jestem mega zadowolony, szczególnie że moja obecność stała pod dużym znakiem zapytania. Niestety, nie udało mi się odwiedzić wszystkich stoisk, które miałem zaplanowane. Szczególnie ubolewam nad pominięciem Radugi, która ponoć lała świetne piwa, Browaru Stargard z premierowym brut IPA, Nowego Browaru Szczecin oraz Wyszaka. No, ale czekała mnie jeszcze tego dnia wizyta na Dniach Polic, zatem nie mogłem sobie pozwolić na więcej. Niemniej w ciągu tych trzech godzin nie znalazłem niczego, czego można byłoby się doczepić, jeśli chodzi o organizację imprezy. No, ale byłem też mocno skupiony na piwach i nie zwróciłem uwagi na wiele pobocznych kwestii.

Dziękuję organizatorom Szczecin Beer Fest – Arturowi Molendzie i Mirkowi Tarasiukowi – oraz wszystkim browarom za gościnę i do zobaczenia za rok :).